W wigilijne popołudnie osioł przemówił – „Dalej nie jadę!”

28 grudnia 2012 / 04:55
8 komentarzy

Po krótkiej wizycie w Cabo San Lucas musieliśmy się w jakiś sposób przedostać z półwyspu kalifornijskiego na ląd właściwy. Plan był dosyć prosty. Mieliśmy dojechać do La Paz, tam wsiąść na prom Baja Ferry do Mazatlan, a następnie pokonać dystans ok 1200km według wskazań Garmina w 2 dni do kolejnego celu Acapulco. Tak, tego Acapulco, z tej wszystkim znanej piosenki, o tytule Acapulco, nieznanego nam wykonawcy. Przezornie poprosiliśmy właściciela hostelu w Cabo aby zadzwonił do przewoźnika i spróbował dowiedzieć się czy potrzebujemy wcześniej zarezerwować bilety na prom. Okazało się że promy do Mazatlan zostały zawieszone i możemy przedostać się jedynie do Topolobampo oraz że rezerwacja nie jest konieczna. Trochę nam to było nie „na rękę” ze względu na dodatkowy dystans ok 450km do pokonania pomiędzy Topolobampo a Mazatlan, no ale nie było wyjścia. Przyjęliśmy tą małą zmianę planu jako element przygody, która od czasu do czasu daje o sobie znać. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy że to dopiero początek przygód w drodze do Acapulco.

Po dotarciu do La Paz, na godzinę przed czasem odpłynięcia promu, udaliśmy się niezwłocznie do kas biletowych. Jak bardzo się zaskoczyliśmy kiedy okazało się że biletów na prom do Topolobampo nie ma na kilka kolejnych dni. Nogi nam trochę podcięło bo karnawał, którym chcemy zakończyć wyprawę, coraz bliżej i naprawdę nie potrzebne nam były dodatkowe komplikacje. Zastanawiało nas jak się dogadał nasz przyjaciel recepcjonista dzień wcześniej przez telefon, ponieważ nie możliwe wydawało się wyprzedanie biletów na sporych rozmiarów prom na kilka dni w przód. Chwilę się pokręciliśmy i okazało się że z tego portu odpływa jeszcze jeden prom innego przewoźnika. Udaliśmy się więc do innej budki z biletami powalczyć i tam kolejne zaskoczenie. Trafiliśmy do budki tego samego przewoźnika ale tam okazało się już, że spokojnie możemy kupić bilet tylko bez miejscówki. Zbyt wielkiego problemu dla nas to nie stanowiło. Na promie jest sporo miejsca do leżenia.

Udało się wiec kupić bilety do Topolobampo. Zostało nam może około 30min do odpłynięcia. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko zezwolenia na poruszanie się własnym motocyklem po terytorium Meksyku. Na obszarze Baja California nie jest ono wymagane. Jest to w jakiś sposób obszar uprzywilejowany, prawdopodobnie ze względu na tłumnie odwiedzających go Amerykanów. Powiedziano nam że pozwolenia załatwia się w innej budce. Wcześniej przeczytaliśmy że takie pozwolenia załatwia się już NA promie a nie w budce PRZY promie. Wsiedliśmy więc na motocykle i w nadziei że uda się zyskać trochę czasu zaatakowaliśmy bramę wjazdową na nabrzeże. Nie udało się. Pani nas cofnęła i biegiem do budki po zezwolenia. Zostało może 15min. Przed budką kolejka na 25min. Zrobiło się nerwowo. Kiedy już przyszła na nas kolej okazało się, że potrzebujemy ksero dowodu rejestracyjnego i paszportu. Ksero należało oczywiście wykonać w innej budce, do której również była kolejka co nas już nie zaskoczyło. Na prom wciąż trwał załadunek więc cały czas żyliśmy nadzieja że odpłyniemy. Z kompletem ksero wróciliśmy do budki z pozwoleniami ciekawi co jeszcze musimy zrobić. Czynności nie pozostało zbyt wiele ale za to wszystkie były w rękach pani w budce. Niestety jakiś magiczny system do rejestracji pozwoleń, na którym to ta pani pracowała, odmówił współpracy. Nie podobał się numer VIN. Pomógł telefon do helpdesku i ostatecznie rejestracja i wydanie pozwoleń się powiodło. Samochodów wjeżdżających na prom już nie widzieliśmy. Max wszystkie dokumenty dostał pierwszy więc od razu ruszył na bramę wjazdową. Był tam taki przycisk, który każdy wciskał sam, obowiązkowo i na własne ryzyko. Zielona lampka – jedziesz, czerwona lampka – kontrola celna. Lampka zaświeciła się zielona. Kiedy już wydawało się że wszystko się uda, Maxa zatrzymał pan 15m dalej, która powiedział że właśnie podniesiono rampę wjazdową na prom. Brakło nam może 5min.

Polecono nam stawić się następnego ranka o godz. 10:00 na prom odpływający o 11:30, na który to możemy wsiąść na tych samych biletach. Tak więc zrobiliśmy. Szczęście znowu się do nas uśmiechnęło na tej „ruletce” przy bramie i zielone światło pozwoliło nam przejść do etapu ważenia motocykli razem z nami. Pan na wadze zadał pytanie, które po raz kolejny w tym porcie niemal zwaliło nas z nóg – „Czy panowie do Topolobampo czy do Mazatlan?”. Grzecznie powiedzieliśmy w takich okolicznościach że w zasadzie to do Topolobampo ale chętnie zamienimy bilety na Mazatlan jeżeli była taka opcja. Pan powiedział ze nie ma problemu i wskazał na znajomą nam już jedną z budek, gdzie mieliśmy zamienić bilety. Biletów zamienić się nie dało i dodatkowo dowiedzieliśmy się o karze którą musieliśmy zapłacić za to, że nie wykorzystaliśmy biletów w dniu poprzednim. Było cudownie. Gdybyśmy do tej budki nie przyszli kary pewnie by nie było. Po krótkich negocjacjach z kary zrezygnowano. W końcu udało nam się wjechać na prom i to nie na ten o 11:30, bo takiego nie było, ale na ten o 15:30, który odpłynął ok 16:30. Można by rzec – no niezły Meksyk!

Do Topolobampo dotarliśmy późnym wieczorem. W drodze z portu do centrum nie minęliśmy żadnego hotelu. Kręcenie się w nocy, po tym nie bardzo tętniącym życiem miasteczku, nie wydawało się dobrym pomysłem więc sprawdziliśmy co na temat hoteli mówi Garmin. Najbliższy znajdował się około 20km w kolejnej miejscowości i to na trasie w kierunku do Acapulco, także zdecydowaliśmy się tam pojechać. Ok. 3km przed celem w tylnym lusterku zobaczyłem niebiesko czerwone światełka. Jechałem tak wolno że nie mogłem przekroczyć dozwolonej prędkości. Według opinii panów z granatowego samochodziku, jechaliśmy dokładnie 80km/h na odcinku gdzie dozwolone było 60km/h i to oboje. Żadnego odczytu z radaru oczywiście nie zobaczyliśmy. Zaczęło się od straszenia konfiskatą prawa jazdy oraz tablic rejestracyjnych, do momentu opłacenia wysokich mandatów w kolejnym dniu na posterunku, a zakończyło się na łapówce. Trochę nas zdenerwowała ta sytuacja i nieco naruszyła bardzo dobre odczucia o Meksyku jakie do tej pory mieliśmy.

Następnego ranka, z jednym dniem opóźnienia z powodu promu, ruszyliśmy w kierunku Acapulco. To był strasznie nudny dzień spędzony na autostradzie. Max tego dnia narzekał na sprzęgło w swoim motocyklu co zaczęło budzić nasze obawy. Zatrzymaliśmy się na nocleg w miejscowości Acaponeta. Było to bardzo ciekawe małe miasteczko z klimatycznym rynkiem, przy którym Maxa o mało nie rozjechał samochód kiedy szliśmy ulicą. Zastanawialiśmy się czy specjalnie czy może pijany kierowca. Dopiero później zaobserwowaliśmy że pieszy na ulicy w Meksyku nie jest w żaden sposób uprzywilejowany, przed pasami nikt się nie zatrzymuje a kiedy już na nie uda się wejść to trzeba uciekać. Pieszy na pasach w Meksyku, dla przeciętnego meksykańskiego kierowcy nie jest sygnałem do zwolnienia czy zatrzymania. Następnego dnia sporo czasu ponownie spędziliśmy na autostradach ale już położonych w nieco bardziej atrakcyjnych obszarach. Niestety nasiliły się problemy ze sprzęgłem u Maxa. Dojechaliśmy do Guadalajary gdzie postanowiliśmy przenocować i następnego ranka odwiedzić serwis. Według zapewnień nocnego stróża serwisu następnego dnia nie otworzono. Była co prawda niedziela, no ale miał działać tylko po prostu panowie nie przyszli. Nie uwierzyliśmy w „Może jeszcze przyjdą”, sprawdziliśmy czy jest serwis Yamahy w Acapulco i pojechaliśmy dalej.

Było niestety co raz gorzej a z motocykla Maxa dochodziły niepokojące dźwięki. Ok 150km przed Acapulco motocykl ostatecznie odmówił posłuszeństwa i stanął. Próbowaliśmy holu ale udało nam się przejechać w ten sposób może kilkanaście metrów zakończonych oczywiście glebą. Osioł Maxa zblokował się na jednym z biegów a sprzęgło nie działało. Gleba była na prawą stronę a moja klamka hamulca wygląda jak mocno wykręcony banan. Już dwukrotnie miałem fart, że się nie złamała a jedynie wygięła. Wciąż nie mamy zapasowej. W wiosce, w której akurat byliśmy znaleźliśmy dobrych ludzi, którzy za sprawiedliwą opłatą zdecydowali się nam pomóc i przetransportować motocykl truckiem do Acapulco. Dotarliśmy do serwisu przedzierając się przez blokadę drogi z powodu jakiejś demonstracji oraz mega korki w samym Acapulco. Niestety był już zamknięty. Szczęśliwie znaleźliśmy niezbyt drogi, jak na to miejsce, hotel tuż obok. Mechanicy zabrali motocykl następnego ranka a po dwóch dniach zobaczyliśmy obraz zniszczeń i usłyszeliśmy diagnozę – do wymiany tarczki sprzęgła, skrzynia biegów oraz łożysko tłoka… Zrobiło się nieciekawie… Houston mamy problem… Bardzo poważny problem…

Podziel się:
Kategorie: Acaponeta, Acapulco, Baja Ferry, La Paz, Mazatlan, Meksyk, Topolobampo, Yamaha XT660Z Tenere
 

Komentarze (8)

  1. Volta ao Mundo

    @Wac
    Moto wciąż rozebrane. Max czeka na części od Yamahy w Acapulco. Maja być wysłane w poniedziałek 07/01. Ja cisnę na Jukatan. Po naprawie spotykamy się gdzieś po drodze 🙂

  2. Wac

    no i co dalej??? moto wciąż stoi rozebrane? ciekawe jakby się spisały XT660R?? podobno są mniej awaryjne.
    a z tym zanikającym prądem i niedziałającym klaksonem to może być wtyczka od regulatora napięcia. często ulega awarii bo jest umieszczona w miejscu narażonym na zabrudzenie i zalanie. przestają też wtedy działać migacze i aku nie ładuje za dobrze.
    życzę powodzenia i czekam na dalszą część wyprawy. Rewelacyjne zdjęcia. Gratuluje pomysłu na wyprawę i odwagi za realizację.
    pozdro

  3. Szczęśliwego Nowego Roku i reanimacji maszyny.

  4. Guerreira

    Szampańskiej zabawy Sylwestrowej zatem 🙂 I oby przyszły rok przyniósł jak najmniej problemów z osiołkami!

  5. ja55

    Trzymam kciuki za naprawe i do celu:)A po jakim przebiegu Tenerka odmowiła posłuszeństwa??

  6. Grazyna

    A Łukasz ma dzisiaj urodziny. Trzydziestka obchodzona w Acapulco to jest to

  7. cierpliwość, cierpliwość … dobra cecha 🙂

  8. 027

    Żarło, żarło i zdechło…. ale za to o nudzie nie ma mowy ,- współczuję, trzymam kciuki za sprawną naprawę „osiołka „.

Wspierają nas