Drogą Manali-Leh do indyjskiego raju Ladakh – część pierwsza

02 listopada 2012 / 12:00
8 komentarzy

Ladakh to należąca do Indii i w niewielkiej części do Chin, kraina pomiędzy głównym pasmem Himalajów a górami Karakorum, położona w części górnego biegu rzeki Indus. Geograficznie najbardziej na zachód wysunięty fragment Wyżyny Tybetańskiej – historyczny Tybet Zachodni. Można dotrzeć tam pokonując wręcz spektakularną trasę z miasta Manali położonego na wysokości 2050m n.p.m do miasta Leh na wysokości 3524m n.p.m . Sama droga została zbudowana przez organizacje należąca do indyjskiej armii, a budowniczowie wyraźnie dumni ze swojego osiągnięcia, wykazali się sporym poczuciem humoru ustawiając wiele zabawnych znaków wzdłuż drogi. Odległość do pokonania to 480km przez przełęcze na wysokości ponad 5000m n.p.m. Często zalecane jest przejechanie trasy w kierunku z Leh do Manali, co pozwala na uniknięcie możliwych problemów z powodu wysokości. Do Leh można dostać się okrężną drogą i przez to lepiej zaaklimatyzować. My zdecydowaliśmy na kierunek z Manali do Leh, a więc szybką wspinaczkę, ponieważ obawialiśmy się opadów śniegu które z oczywistych powodów uniemożliwiają przejazd. Na pokonanie trasy potrzebowaliśmy trzech dni.

Drogę z Manali do Leh można potraktować jako, nazwijmy to „odcinek specjalny” rajdu do najwyżej położonego na tej planecie miejsca, do którego można dostać się na kołach – do przełęczy Khardung La na wysokości 5606m n.p.m. Początkowo tak właśnie myśleliśmy i sądziliśmy że będziemy po prostu zaliczać kolejne przełęcze aż dotrzemy do tej najwyższej. Zostaliśmy mocno zaskoczeni już kilkanaście kilometrów za Manali…

Pierwsza na trasie była przełęcz Rohang La (3978m) Droga do niej była mocno kręta i pierwsze zaskoczenie to roślinność. Jadąc na wysokości ponad 3000m czuliśmy się jak na wycieczce przez las nawet gdzieś w Polsce. Wszystko wyglądało zadziwiająco normalnie jak na taka wysokość. Sama droga przypominała nam Skardu tyle że wszędzie mnóstwo zieleni. Kolejne zaskoczenie to praktycznie brak ruchu. Mimo tego, przed każdym z zakrętów system trąby żeby się niemiło nie zaskoczyć za rogiem, do czego zachęcają nawet przydrożne znaki. Jechaliśmy coraz wyżej zaskoczeni trzecim aspektem tego dnia czyli rewelacyjnym asfaltem. Wysokościomierz na Garminie szybko pokazywał kolejne numerki. Minęliśmy ciekawą miejscówkę w której lokalni paralotniarze za niewielką opłatą serwowali turystom całkiem sporą, sądząc po okrzykach, dawkę adrenaliny. Sprawy nieco skomplikowały się kilka zakrętów dalej. Droga była w remoncie i pojawiło się to czego jeszcze do tej pory nie mieliśmy okazji ujarzmić – błoto. Na plecach pojawił się ten dreszczyk emocji a w głowie głos „Trzymaj gaz!”. Strasznie fatalnie spisują się opony na których jedziemy nawet w najmniejszym błotku więc byliśmy ciekawi jak to będzie. Podglądaliśmy którędy przejeżdżają samochody i lokalni na małych motorkach i jakoś poszło bez wizyty pod motocyklem z błotem między zębami.

Kilka zakrętów dalej dotarliśmy do pierwszej przełączy z listy tych do zaliczenia. Jak było? Gdyby nie spore zgrupowanie ludzi, wskazania na Garminie oraz ogromny znak w połowie zniszczony nigdy byśmy nie wiedzieli że to już tam. Nic specjalnego. Za przełęczą sprawy przybrały nieco innych kolorów i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zniknęła zielona roślinność i zaczęło się robić skaliście. Zrobiliśmy krótką przerwę na kawę przy prowizorycznym barze na jednym z zakrętów. W tym samym barze postanowili również zatrzymać się Asia i Krystian z Krakowa. Wracali autobusem z kierunku w którym my zmierzaliśmy. Powiedzieli że rzeczywiście z tej strony będzie trochę bardziej księżycowo i tak było.

Następnego dnia dotarliśmy na dwie kolejne przełęcze Baralacha La (5030m) oraz Lachulung La (5059m). Te wzbudziły już sporo większe emocje niż przełęcz Rohang La pierwszego dnia. Miejsca w których oznaczono poszczególne wysokości nie wyglądały jak parking przy drodze ale jak rzeczywiście punkty do których aby dotrzeć trzeba się trochę namęczyć. Na całej trasie kolejnym zaskoczeniem okazało się bogactwo kolorów oraz bardzo ciekawych form skalnych. To była cecha która głównie odróżniała trasę z Manali do Leh od Karakorum Highway, a często szukaliśmy porównań i różnic.

Przy jednej z przełęczy nich śnieg leżał tuz przy drodze. Było coraz wyżej i coraz zimniej. Zimno zaczęło nam dokuczać. Marzyliśmy o gorącym prysznicu. Była na niego nadzieja w miejscowości Pang – tam postanowiliśmy spędzić kolejną noc. Jak mocno zaskoczyliśmy się po raz kolejny kiedy Pang okazało się malutka wioska w której nie było nic poza namiotami. Dla pewności zrobiliśmy kurs w jedną i drugą stronę po czym zaparkowaliśmy przy jednym z tych namiotów, poprosiliśmy miła Panią o dwie herbaty, potem jeszcze o dwie, potem założyliśmy na siebie wszystko co mieliśmy i w śpiworach pod kilkoma dodatkowymi kocami byliśmy niezmiernie ciekawi czym zaskoczy nas kolejny dzień.

Podziel się:
Kategorie: Baralacha La, Indie, Khardung La, Lachulung La, Ladakh, Leh, Manali, Rohang La
 

Komentarze (8)

  1. sprawiedliwy AT

    Brawo!. I nie potrzeba 1000cm i więcej, żeby przejechać pół świata. Wszyskie lansy na BMW nie dają rady Yamaha XTZ, XT, Honda AT, TA.Honda i Yamaha górą.

  2. Majka

    krajobraz zapierający dech w piersiach. pozdrowienia!

  3. Panowie, podońcie bloga. Z mapy wynika, że jest on do tyłu o kilka ładnych krajów i kilka ładnych kilka tysięcy kilometrów. Pozdro z całej epy!

  4. Czewafan

    Wielkie dzięki za częstsze relacje. Fotki mega!

  5. pucio

    i zdjęcia i miejscówka mistrzostwo! powodzenia dalej chłopaki! 🙂

  6. Po 1. – pomyślcie o napisaniu książki o waszej podróży, bo bardzo miło czyta się wasze opisy 🙂
    Po 2. – co weekend w Poznaniu opowiadam rodzicom gdzie aktualnie jesteście i co was spotkało 🙂 pozdrawiają was!

  7. Gregór

    Looking good 🙂 szkoda tylko że nart nie zapakowaliscie na motory, byłoby gdzie pośmigać 🙂

  8. Porki

    Niesamowite zdjęćia

Wspierają nas